*Eve*
Leżę na łóżku i patrzę w sufit. Sama nie bardzo umiem połapać się w gonitwie własnych uczuć, których przyczyna siedzi za ścianą i obserwuje na wielkim ekranie Natashę.
Słyszę wystrzał. Cholernie się martwię, czy to Natasha, czy jakiś Zawodowiec, ale jeszcze bardziej martwi mnie przypuszczalny stan własnych uczuć, gdybym weszła do tego przeklętego pokoju. Powód mojej bezsenności na pewno sobie poradzi. O, właśnie wchodzi!
Siadam i patrzę na niego.
- Evy, skoro nie śpisz, to może cię to zaintersuje.
- Co? - wkładam dużo wysiłku w obojętne brzmienie tego słowa.
- Evelyn nie żyje.
Co za ulga.
- Ta z Dwójki? - pytam słabo. Wolę mieć pewność.
- Tak.
- A to znaczy, że…
- Natasha została sama z Lucidem.
- I co sądzisz? - chowam ręce pod koc, żeby nie zauważył, że drżą.
Do cholery, Eve, weź się w garść! Motylki w brzuchu są dobre dla zakochanych nastolatek, a ty masz już czterdzieści lat!
- Sądzę, że powinniśmy usiąść i zacząć działać razem. Chociaż to nie ma już co działać, ale warto byłoby, żebyśmy triumfowi Tashy przyglądali się oboje.
- Jasne. - No dobra, powiem to. Powiem. - Wiesz, Blight… ja… muszę ci coś powiedzieć. Bo… - zacinam się.
No super, po prostu świetnie. Po prostu mu to powiedz!
- Kocham cię! - wypalam w końcu.
Blight uśmiecha się.
- Bałem się, że już nigdy tego nie powiesz - siada na łóżku obok mnie. - Też cię kocham, Evy - całuje mnie delikatnie. Oddaję pocałunek.
Nagle Blight odrywa się ode mnie.
- Co się stało? - pytam.
- Natasha.
- Ale… - nie wiem, co powiedzieć, żeby zatrzymać tę chwilę.
- Został tylko trybut z Jedynki - Blight głaszcze mnie po włosach. - Jutro, po finałowej walce, będziemy całować się i tańczyć, dobrze?
Kiwam głową.
- Teraz chodźmy zobaczyć, co z nią.
W nocy jako żywo nie dzieje się nic ciekawego. Natasha śpi, Lucid liże rany, cierpi po śmierci "ukochanej" i też śpi, organizatorzy, widzowie i rodziny Nat i Lucida pewnie gryzą z niepokoju paznokcie, ja siedzę zawinięta w koc, a Blight pije kawę za kawą, a i tak przysypia.
Rano zaczyna się coś dziać. Natasha rusza pod Róg Obfitości, Lucid zaczyna przejawiać dzienną aktywność, Blight się rozbudza, a ja gonię tę cholerną Ceri po śniadanie. Śniadanie dociera, ale zaraz potem zaczyna się walka, więc nikt nie ma głowy do jedzenia.
Całą walkę siedzimy obok siebie; mocno ściskam dłoń Blighta. Dopiero po chwili zauważam, że nieświadomie powtarzam: "Dasz radę, Natasha. Dasz radę!".
Lucid unosi nóż.
- Nie - szepczę. - To się nie może tak skończyć. Tasha, dawaj! - Nie do końca świadomie, wbijam paznokcie w dłoń Blighta.
Natasha wyrywa się, wytrąca nóż z ręki przeciwnika i wbija mu go w brzuch. Oddycham z ulgą.
Jeszcze nie wszystko skończone, jeszcze nie rozległ się wystrzał, ale już raczej dużo się sytuacja nie zmieni.
Natasha siada parę metrów od wykrwawiającego się Lucida i opiera twarz na kolanach.
I. Wtedy. Lucid. Wstaje.
- Oż kurwa… - znów ściskam dłoń Blighta. - No spójrz żesz na niego! - syczę pod adresem Natashy, która niestety nie ma żadnych szans na usłyszenie mnie.
Blight klnie.
Natasha podnosi głowę i rzuca się w kierunku siekiery. I chwała jej za to.
Lucid rzuca nożem i trafia ją w udo. Znów tarzają się po ziemi. Można powiedzieć, że sytuacja, w porównaniu do początku, zmieniła się diametralnie o trzysta sześćdziesiąt stopni.
- No, mała, dasz radę! - szepczę, dziwiąc się, że Blight nie narzeka, że miażdżę mu dłoń.
Natasha wbija kciuki w oczy Lucida i łapie siekierę. Lucid chwyta ją za włosy i wyciąga nóż z jej nogi.
Nie, proszę, nie…
Natasha wbija siekierę w głowę Lucida. Huczy armatni wystrzał.
Wydaję z siebie nieartykułowany pisk i zaczynam skakać po sali.
- Skubana - uśmiecha się Blight. - Udało jej się!
- Wy-gra-liś-my! Wy-gra-liś-my! - kwiczę radośnie, skacząc po pokoju.
Blight wstaje. Podbiegam do niego i rzucam mu się na szyję. Z łatwością unosi mnie do góry i obraca wokół własnej osi. Stawia mnie na ziemi i całuje, a ja oddaję pocałunek.
- Obiecywałem, że będziemy całować się i tańczyć - mówi i zaczynamy tańczyć po pokoju, śpiewając sobie do rytmu jakąś energiczną piosenkę.
Zaniepokojona tym hałasem, Liuta zagląda do pokoju.
Jako że wiruję po pokoju przytulona do Blighta, zauważam Awoksę dopiero po chwili.
- Ciesz się! - wrzeszczę. - Natasha wygrała!
- Evy, tylko polecenia - szepcze mi na ucho Blight.
- "Ciesz się" to polecenie - chichoczę i macham do Liuty.
Awoksa uśmiecha się blado. Mam ochotę ją wyściskać, ale to mogłoby być dla niej niebezpieczne.
Nie wiem, ile tańczymy, ale gdy Blight opada na krzesło, ja wcale nie jestem zmęczona i byłabym zachwycona, gdybyśmy mogli tańczyć cały dzień. Jestem tak cholernie, absurdalnie szczęśliwa, że gdyby teraz na mojej drodze stanął prezydent Snow, to prawdopobnie uściskałabym go, zamiast złamać kark.
Blight siedzi na krześle i usiłuje opanować zadyszkę, a ja znowu zaczynam skakać i piszczeć.
Kiedy do pokoju wchodzi Ceri, rzucam jej się na szyję i całuję w oba policzki.
- Organizatorzy mówią, że macie wyjść i wrócić do Ośrodka - Ceri również promienieje z radości.
Jedziemy do Ośrodka, dyskutując radośnie. Mam wrażenie, że duszę się w samochodzie, bo najchętniej wyściskałabym wszystkich sponsorów, organizatorów, a nawet ekipę przygotowawczą Nat.
Wjeżdzamy na siódme piętro i znowu tańczymy.
W końcu, zmęczeni, ale bardzo z siebie zadowoleni, leżymy na łóżku i prowadzimy kulturalną rozmowę.
- Nie byłam taka szczęśliwa odkąd rozwaliłeś głowę tej biednej dziewczynie z Jedynki.
- Co, Agnes? Na pewno nie byłem aż tak brutalny. Co najwyżej skręciłem jej kark - Blight się uśmiecha.
Leżymy, przytulamy się i, śmiejąc się, rozmawiamy o mordowaniu na arenie ludzi. Dziś wyjątkowo mi to nie przeszkadza.
Dopiero wtedy zaczynam czuć, że faktycznie nie spałam kilka nocy. Jestem zmęczona i spocona, ale niewątpliwie szczęśliwa, bo to był dobry dzień. Blight mnie kocha, a nasza trybutka wygrała Igrzyska. Czego chcieć więcej?
Opieram głowę na piersi Blighta i wsłuchuję się w bicie jego serca. Czuję jego dłoń w moich włosach.
Zasypiam jako najszczęśliwsza kobieta w Panem.